4 lata surowego weganizmu – jak się zmieniało moje odżywianie

16 marca 2016, czyli moja mała rocznica. Dziś mijają dokładnie 4 lata od kiedy odżywiam się w 100% samymi surowymi owocami i warzywami. Jest to dla mnie dziś całkowicie naturalne i nie wyobrażam sobie powrotu do zjedzenia czegokolwiek innego, niż surowe owoce i warzywa czy powrotu do jakichkolwiek przetworzonych produktów. W ogóle nie czuję takiej potrzeby. Bardzo szybko po przejściu na RAW zmieniło się u mnie postrzeganie produktów spożywczych i wszystko poza działem owocowo-warzywnym po prostu nie wygląda dla mnie jak jedzenie. Dokładnie tak, jak bym patrzyła na kamień albo drewnianą deskę.

Dziś spożywam po 3000 kalorii dziennie, ogromne ilości daktyli, wielkie wiadro warzywnej sałatki.. ..czy tak było od początku? Czy od od pierwszych chwil na RAW jadłam takie ilości kalorii? Czy od razu pałałam miłością do egzotycznych owoców? No.. ..niekoniecznie.

Moje krótkie, rocznicowe streszczenie ścieżki odżywiania..

 

..do marca 2008: Bardzo mięsne, fast-food’owe dziedziństwo

W dużej mierze wychowywana na fast-foodach, gotowcach i sklepowych słodyczach. Codziennie wypijałam też po kilka puszek lub szklanych butelek zimnej Coca-Coli lub Pepsi.

Pieczywo! Świeże, chrupiące, jeszcze ciepłe. Uwielbiałam jeść kanapki, które mogłabym wtedy spożywać na każdy posiłek w ciągu dnia. Pizza, hot-dogi ze stacji benzynowych, wypieki z ciasta francuskiego – pieczone wyroby z mąki absolutnie były na szczycie moich preferencji żywieniowych.

Uwielbiałam też niestety wszelkie wyroby mięsne, na czele ze skrzydełkami z KFC. Czekolada także była jedną z moich największych faworytek – w formie bardzo czekoladowych ciast, lodów i oczywiście codziennych dawek batonów czy ciastek.

Dwie kwestie od zawsze mi towarzyszyły. Nie znosiłam skomplikowanych, pomieszanych smaków i nie lubiłam jeść rano. Jak najprościej, jak najmniej mieszania i jak najpóźniej. Może właśnie dlatego wysokowęglowodanowy surowy weganizm oraz krótkie okno żywieniowe w Intermittent Fasting (o którym pisałam tutaj) przyszły mi tak naturalnie łatwo? To właśnie największa prostota.

Dlaczego nie byłam gruba, otyła czy nawet z lekką nadwagą? Nasuwa mi się tu tylko jedna odpowiedź: sport i bardzo duża aktywność. Mama – mgr Wychowania Fizycznego – od najmłodszych lat zaszczepiała we mnie aktywność fizyczną i w genach pewnie też mi przekazała zamiłowanie do sportu. Chwytałam się wielu dyscyplin, całe dnie spędzałam bardzo aktywnie na podwórku, trenowałam w szkole sportowej. No i kalorie widocznie się spalały.

DSC00897bb

 

Marzec 2008 – Grudzień 2010: Bez mięsa, a jednak z rybkami

To nie miało wiele wspólnego z etyką, prawami zwierząt czy upodobaniami kulinarnymi. 23 marca 2008 roku – snowboardowo-narciarska Wielkanoc w górach. Doskonale to pamiętam. Siedzieliśmy przy śniadaniu i gdzieś tam mama powiedziała, że mięso to w ogóle jest niezdrowe i mogłaby go nie jeść. Na co ja rzuciłam „To ja od dzisiaj nie jem mięsa”. I jak powiedziałam, tak też zrobiłam. Po prostu. Tego samego dnia przestałam także pić Coca-Colę/Pepsi i faktycznie już nigdy po nią nie sięgnęłam. Nie, absolutnie mi jej nie brakowało. Po prostu zobaczyłam, że jest jakaś alternatywa.

Nie jedzenie mięsa oznaczało dla mnie jednak wtedy niezjadanie wszystkich zwierząt poza rybami. Te jadłam nadal. Nie byłam wegetarianką i zawsze to podkreślałam, kiedy ktoś mi to sugerował. Nosiłam skórzaną ramoneskę i glany, jadłam żelki z żelatyną – to mi nie przeszkadzało, bo nie zagłębiałam się w ogóle w kwestie związane z wegetarianizmem. O weganizmie nawet nie miałam pojęcia, mimo, że już wtedy byłam Straight Edge i słuchałam kapel, które przecież niejednokrotnie miały sporo wspólnego z weganizmem.

11759011_1024590654225886_2056830383_nbb

 

31 grudzień 2010 – styczeń 2012: Śmieciowy weganizm

Aż w końcu poprzez hardcore i ruch Straighe Edge natrafiłam na weganizm. Kiedy zaczęłam mocniej zgłębiać temat, to od razu uświadomiłam sobie, że samo przejście na wegetarianizm to jest jakaś bzdura, jeżeli nadal bierze się udział w kupowaniu i spożywaniu nabiału i innych odzwierzęcych produktów. Dlatego interesowało mnie tylko zostanie weganką. Dużo czytałam, dowiadywałam się i tak też ostatniego dnia 2010 roku – także podczas pobytu w górach – był mój pierwszy wegański dzień.

Moje wegańskie odżywianie było dość śmieciowe, ale to nie miało dla mnie większego znaczenia – ważne, że byłam weganką. Opierałam się głównie na sklepowych, wegańskich słodyczach, bułkach z parówką sojową, smażonych ziemniakach czy makaronie.

Po pierwszych kilku miesiącach – w efekcie jednej sytuacji, której tu nie chcę przytaczać – w mojej głowie coś ruszyło i zaczęłam zwracać uwagę na to, co jem. Nadal odżywiałam się niekoniecznie zdrowo, ale zaczęłam zauważać kalorie czy zawartość tłuszczu. I tak też po pewnym czasie, jakoś automatycznie i naturalnie zaczęłam odstawiać różne produkty – pieczywo, słodycze, makarony i tak dalej. Aż w końcu – szukając przepisu na coś słodkiego bez mąki, cukru i pieczenia – natknęłam się na witariański przepis..

DSC04374bb

 

Styczeń 2012 – marzec 2012: Droga do witarianizmu

..i zaczęła się moja droga do surowego wysokowęglowodanowego weganizmu. Proste jedzenie, które nie tuczy – to brzmiało dla mnie świetnie. Już wtedy nie spożywałam większości przetworzonych produktów. Przez te mniej więcej 3 miesiące wcale nie miałam w planach dojścia do 100% surowego odżywiania, bo z witariańskiego środowiska słyszałam, że to niepotrzebne, że to skrajność, że nie trzeba. Gdyby nie te sugestie, to zapewne bym się nie trzymała jakiegokolwiek gotowanego posiłku i szybciej wskoczyła na odżywianie w pełni RAW. Jednak powoli rezygnowałam ze spożywania wszelkich produktów, nie będących surowymi owocami i warzywami, bo po prostu nie czułam potrzeby ich jedzenia.

Ostatnie rzeczy, które przestałam jeść, zanim przeszłam na całkowicie surowe odżywianie? Dobrze je pamiętam.. ..były to (w kolejności odstawiania): gorzka wegańska czekolada 90% kakao, tofu naturalne, gotowana soczewica i przecier pomidorowy, gotowany brokuł/brukselka/kalafior. Odstawiłam.

 

Marzec 2012 – obecnie: Surowy wysokowęglowodanowy weganizm

I tak to wyszło, że 16 marca 2012 roku po prostu nie zmuszałam się do ugotowania czegokolwiek („bo tak radzili inni”), tylko jadłam już tylko surowe owoce i warzywa. Zostało tak do dzisiaj. Mój wegański witarianizm też jednak miał kilka etapów.

 

(Marzec 2012 – Maj 2012):
Jabłkowo-bananowe, małokaloryczne początki

Moje pierwsze całkowicie surowe miesiące opierały się głównie na jabłkach oraz bananach. Była do tego również moja wielka warzywiasta sałatka – jednak wcale nie taka wielka. Na początku ilości składników były niemalże trzykrotnie mniejsze, a niektóre produkty doszły dopiero po jakimś czasie.

Kalorie? Nie, nie, mój organizm też nie od początku dawał radę zjeść z surowizny trzy czy nawet dwa tysiące kalorii. Przez pierwszy miesiąc totalnie wystarczało mi 1300 – 1500 kalorii. Nie wpychałam w siebie więcej, a organizm się przestawiał w swoim tempie. Dopiero po ok. 1-2 miesiącach dawałam radę zjeść 2 tysiące kalorii.

 

(Maj 2012 – Marzec 2014):
Szał na mango oraz nowe smaki

Przed witarianizmem nie znałam smaku wielu owoców. Jednym z nich było także mango. Spróbowałam tego owocka pierwszy raz po ok. 2 miesiącach odżywiania na surowo. Przepadłam całkowicie. Zaczęło się u mnie totalne szaleństwo na mango. Odkryłam Targ za Halą Mirowską, gdzie były (i są nadal, choć po tamtejsze mango już rzadko sięgam) bardzo tanie owoce egzotyczne z drugiego sortu. Przez około dwa kolejne lata ten owoc był dla mnie podstawą – od kilku do kilkunastu sztuk dziennie. W konkretnych sezonach dochodziły oczywiście także truskawki, maliny, nektarynki, brzoskwinie, borówki amerykańskie, kiwi, gruszki. Poznałam także dwa inne nowe smaki, które okazały się obłędne – sharonki/kaki oraz figi. One także w sezonie stanowiły dla mnie wspaniały dodatek do mango. Na długi czas odstawiłam także banany, których do dzisiaj nie spożywam w postaci innej, niż surowe lody bananowe, bo ich smak i konsystencja w zwyczajnej postaci w ogóle mi nie podchodzą. Gdzieś w międzyczasie skład warzywiastej sałatki się ustabilizował (na ten, który jest w przepisie – i jem tak do dzisiaj), a jej wielkość też była prawie obecnych rozmiarów. Po dwóch latach kaloryczność mojego jedzenia w ciągu dnia oscylowała już bez problemu w granicach 2000 – 2500 kalorii.

 

(Marzec 2014 – Marzec 2016):
Wielkie odkrycie – świeże daktyle

Dwa lata temu (co ciekawe, że także w marcu) poznałam ten obłęd. Świeże, surowe, soczyste i ultra-słodkie daktyle. Na początku kilka sztuk dziennie, później całe pięterko (16 daktyli), a po miesiącu.. ..już szamałam całe pudełko (a raczej jego zawartość) każdego dnia. Inne owoce – jak moje ukochane mango, sharonki, figi i letnie sezonowce – oczywiście nadal gościły na moim misko-talerzu, ale podstawę zaczęły stanowić świeże daktyle. Okazały się fenomenalnym rozwiązaniem – największa prostota, bo nie trzeba ich obierać, kroić czy myć, duża dawka skoncentrowanych kalorii, ogromnie słodki smak i duża opłacalność w stosunku ceny do ilości kalorii. Warzywna sałatka od nieco ponad dwóch lat jest już stałych rozmiarów (od kiedy w grudniu 2013 kupiłam obecną, czarną miskę), a dzienna kaloryczność jeszcze stopniowo się zwiększała i od kilku miesięcy oscyluje w okolicach 3 tysięcy kalorii.

_DSC3916vvbbbbb

 

 

KOLEJNE ETAPY – DODANE PO EDYCJI WPISU

(Marzec 2016 – Styczeń 2017):
Kalorii jeszcze więcej

W moim sposobie odżywiania już niewiele się zmieniało, poza faktem, że moja kaloryczność podskoczyła do ok. 3500+ kalorii. Treningi, aktywność i specyfika surowego jedzenia sprawiły, że na taką ilość mój organizm ma zapotrzebowanie.

maliii

 

 

(Styczeń 2017 – obecnie):
Doszły tłuszcze!

Poza samymi owocami, warzywami i kiełkami dorzuciłam do codziennej diety także awokado, zdarzyły się i młode kokosy. Nadal spokojnie mieszczę się w proporcjach 80/10/10 (Węglowodany/Tłuszcz/Białko), jednak przy tak dużej ilości kalorii, którą pożywam, udaje mi się dostarczyć odpowiedniej ilości tłuszczu na kilogram masy ciała, żeby wszystko w organizmie pracowało jak należy, mimo, że jego ilość stanowi mniej niż 10% wszystkich kalorii. Kaloryczność stale oscyluje wokół 3500 kalorii i podejrzewam, że tak już zostanie. Jak to obecnie wygląda prezentowałam w FoodBooku.

_DSC8797xxx
Skąd ja to wszystko tak dobrze pamiętam? Nie, nie, ja nie mam kalendarza z datami w głowie. Tutaj bardzo przydatny okazał się Cron-O-Meter, w którym bardzo często zapisywałam moje całodzienne odżywianie. I to na podstawie tych zapisków udało mi się opisać tutaj moje jedzeniowe etapy.

Miał to być taki wpis rocznicowy, który podsumowuje te 4 lata. Jednak przede wszystkim chodziło mi tu o zobrazowanie procesu, przez który przechodziłam podczas odżywiania całkowicie na surowo. Nie od razu byłam w stanie jeść duże ilości kalorii, nie od razu jadłam daktyle, nie zawsze jadłam banany. Cały czas się uczyłam i wciąż uczę własnego organizmu. Inspirowałam się, czytałam, słuchałam rad, ale przede wszystkim zbierałam własne doświadczenie i uczyłam się na sobie. Starałam się nie robić nic na siłę (choć to oczywiście też mi nie zawsze wychodziło), nie bać się kalorii i jeść jak najprościej.

Monotonne, nudne, nieciekawe, totalnie uproszczone – takie właśnie odżywianie od lat mnie codziennie jeszcze bardziej zachwyca.

Share Button
  • (Visited 3 025 times, 1 visits today)
    • Charlie

      Cześć Shojin,
      czy wiesz może, jaki masz poziom cukru we krwi po posiłku? Zastanawia mnie to, bo
      zmierzyłam sobie po dzisiejszym posiłku (7 bananów, łyżeczka cukru koko i 9 daktyli) za namową mamy i wyszło ponad 500. To ponoć bardzo wysoko. Wydaje mi się, że czuję się dobrze, ale nie jestem pewna, bo mam niektóre z objawów hiperglikemii. Albo tak mi się wydaje. Dlatego zastanawiałam się, czy ktoś, kto je podobne ilości surowych owoców, również ma tak wysoki poziom cukru, czy tylko ja. Zamierzam też skontrolować się, będąc na czczo. Będę wdzięczna za odpowiedź i pozdrawiam.

      • Hej,
        nie wiem, bo nie mam pojęcia w jaki sposób w domu miałabym to sprawdzić/zmierzyć :)
        Jeżeli jesteś w stanie mi napisać, jak mogę to sprawdzić, to chętnie wykonam, co trzeba ;)

        • Charlie

          No glukometr jest potrzebny, ale widocznie nie masz go w domu. Po prostu myślałam, że może kiedyś sprawdzałaś, na przykład u lekarza, albo coś. W każdym razie dziękuję za odpowiedź :3

          • No tak, takie wynalazki nie były mi nigdy potrzebne :) Ale rozejrzałam się troszkę po Internecie i widzę, że to nie jest duży wydatek, więc jeśli warto by było w to zainwestować i jest to wiarygodne, to mogę kupić i sprawdzać stan rzeczy ;)

            • Charlie

              Faktycznie nie jest to wielki wydatek, ale raczej nie ma sensu, żebyś kupowała glukometr tylko po to, żeby raz go użyć. Dzięki w każdym razie za chęci ;)

    • Lukasz Olejnik

      Bardzo ciekawy image masz ;) Kiedyś daaawno czytałem tą ‚Białą Księgę’ i do dziś w sumie nie wiem co o niej mam myśleć. Ten Twój weganizm, witarianizm ma coś wspólnego z tym światem Ramthy? Jakie masz zdanie na temat tej książki i samej JZ Knight? Pozdro, liczę na odpowiedz ;)

      • Hej, dziękuję :)
        Moje odżywianie nie ma jakiegokolwiek związku z naukami Ramthy czy rozwojem duchowym ;) Choć mniej więcej zbiegło mi się to w czasie – przejście na weganizm i sięgnięcie po pierwszą książkę z tym związaną.

        Książka fantastyczna – pierwsza, która pokazała mi prawdę, dzięki, której zaczęłam rozumieć cokolwiek na tym świecie, żyć miłością (starać się przynajmniej ^_^) i podnosić się psychicznie z tragicznego stanu. JZ Knight – nie znam jej osobiście, aczkolwiek oczywiście uznaję, że jest tylko „narzędziem”, dzięki któremu Ramtha do nas dociera :)

        Pozdrawiam

    • Weganella

      Twój blog jest wspaniały i codziennie czerpię z niego inspirację! <3 Chciałabym się również zapytać, jak to jest u ciebie z kwestią wyjazdów/podróży? Czy wtedy zabierasz swoje własne jedzenie do pojemników czy raczej zamawiasz np. surówkę/sałatkę? :)

      • Hej, bardzo dziękuję za przemiły komentarz – to daje mocno pozytywnego kopa ;)
        Ja raczej rzadko kiedy gdziekolwiek wyjeżdżam, bo nie znoszę podróży – ogromnie mnie męczą. Jednak jeżeli już się takie sytuacje zdarzają to zawsze zabieram swoje jedzenie (bento boxy z pokrojonymi owocami, pudełko świeżych daktyli) i robię własne zakupy. Na pewno bym nic gotowego nie zamówiła (witariańskiego także), bo w kwestii przygotowywania jedzenia ufam tylko sobie ;)
        Jednak od kiedy zakończyłam moją kolejną przygodę ze studiami, to raczej mi się nie zdarzało jeść czegokolwiek poza domem – nie mam tego problemu dzięki codziennemu 20-godzinnemu postowi ;)

        Pozdrawiam n__n